Pierwszy kieliszek Albariño w Galicji

Kolejny rok marzyliśmy o podróży do Włoch.

Toskanio – oto my przybywamy, spragnieni widoków, ciepła i wina. Wiadomo, wszystkie drogi prowadzą właśnie tam, a nasze jak do tej pory zawsze gdzieś skręcały. To miał być nasz pierwszy raz w Italii, taki wyczekany i wymarzony.
Bylismy pewni, że przeciągniemy chłopaków przez Florencję. No cóż, życie uczy, że lepiej nic nie planować.

Jeden telefon wywrócił nasze wakacje do góry nogami. Zamiast Włoch, będzie Galicja. Część Hiszpani, której byliśmy bardzo ciekawi, ale jakoś się do tej pory się nie składało. Tym razem jednak złożyło się i to poważnie, bo nasz przyjaciel tam właśnie miał mieć ślub i wesele.  Kolejny raz Włochy nie miały żadnej szansy.

Wybrali się z nami znajomi, jechaliśmy więc silną grupą składającą się z czterech dorosłych, dwóch nastolatków płci przeciwnej oraz trzech nieletnich płci jednakowej, męskiej. Góry bagżu, ktory pchaliśmy i ciągnęlismy uważając by nie rozjechac dzieciaków, nie muszę chyba nikomu opisywać.

Byliśmy przekleństwem wszystkich kolejek na lotnisku, no bo kto normalny chciałby za nami stanąć ???

 

Madryt przywitał nas upałem, podróż samochodem przez pół półwyspu uśpiła wszystkich oprócz kierowców, a Galicja zaskoczyła nas zielenią, o którą latem w Hiszpanii raczej trudno. Impreza odbywała się w Sanxenxo, takim jakby naszym Sopocie, choć do Sopotu to temu miastu raczej bardzo, bardzo  daleko.

Naczytaliśmy sie przed  podróżą o galicyjskich cudach kulinarnych, które staną sie naszym udziałem, o owocach morza najlepszych na świecie, o pięknych miastach i widokach.  Nasze oczekiwania byłby rozbuchane do granic wytrzymałości. No i tym większe było rozczarowanie. Tu będzie krótkie zwierzenie osobiste – uwielbiam Hiszpanię za jej czerwoną ziemie, za bezgraniczne przestrzenie, za spalne słońcem pola. A tu wszędzie zielono.

Widoki trafiały nam się wspaniałe, zwłaszcza te z oceanem w tle, choć ogólnie Galicja wygląda dość podobnie do Polski w środku lata. Pieknie, bardzo nawet, ale to jakby nie ta Hiszpania…Chciałam bardzo pojechac do La Coruna zobaczyć siedzibę Inditexu ( przypis dla mężczyzn: firma która jest włascicielem takich marek jak Zara, Massimo Dutti, Pull and Bear itd.), ale jakoś się nie złożyło.

DSC00129a

Nie pojechaliśmy też na koniec świata, który jest właśnie w Galicji. Za to udało nam się pojechać do Santiago de Compostela. I tu spotkało nas kolejne rozczarowanie. Może zbyt wiele kościołów widzieliśmy? Może jesteśmy bardzo rozkapryszeni? Niestety nie dopatrzyliśmy się tego niezwykłego piękna, które miało mieć  jedno z rzekomo najpiękniejszych miast Hiszpanii – sorki Santiago, wolimy Toledo.

DSC00042_3a

Nie zdziwi chyba nikogo, że to co nas nie rozczarowało to winnice.

Pierwsza, którą odwiedziliśmy nosiła uroczą nazwę Gil Armada i mieściła się w  pałacu DE FEFIÑÁNS małym, sennym miasteczku Cambados.

Za kamiennego placu otoczonego z trzch stron pałacem, kościołem, przenosimy się do bardzo starego ogrodu z karzewami w winnicy pamiętającymi jeszcze czasy sprzed filksery. Winogrona dojrzewają tu przy plumkaniu wody w dwóch barokowych fontannach. Bodegę założył Joaquin Gil Armada w 1959 roku i  zgodnie z najstarszymi tradycjami winnic Salnés produkował Albariño i tak zostało do dziś. Jeśli będzicie w okolicy, to warto ją zwiedzić i spotkac przuroczych ludzi, którzy dziś ją prowadzą ( jesli chcesz odwiedzić stronę bodegi to kliknij tutaj )

53

Dzisiaj oglądałam te zdjęcia i marzyłam o słońcu, o wygrzewaniu się w jego promieniach z kieliszkiem zimnego Albariño w dłoni.

Ech kiedy się ta zima wreszcie skończy????

Kasia

 

Chmury zamknięte w butelce

Kto mądry wybiera się na wakacje do Hiszpanii w styczniu?

Czy my już zupełnie zbzikowaliśmy?

A jak będzie padać cały tydzień?

Tysiące podobnych pytań dręczyły nas w ubiegłym roku w długie, listopadowe i grudniowe tygodnie, dzielące nas od wakacji. Ale jak to mówią, słowo sie rzekło, bilety kupione, babcia chętna na opiekunkę, trzeba jechać i modlić się o pogodę.
O Barcelonie marzyliśmy latami i jakoś nam się nie składało. Byliśmy już nawet bardzo bardzo blisko, bo jakieś 100 km od, ale i wówczas nie było nam dane.

Tym razem wszystko zapięte mieliśmy na ostatni guzik. Pokój sprawdzony i zarezerwowany,  kupiony i przeczytany przewodnik, miejsca godne odwiedzin polecone przez przyjaciół.
Przywitało nas wspaniałe słońce i 18 stopni ciepła. Wszystkie nasze obawy rozwiały się wraz z kurzem spod kół lądującego samolotu.

Jedyne chmury, które spotkalismy na swojej drodze były tego tygodnia zamknięte w smukłej zielonej butelce. Znacie “Vino Turbio”? My nie znaliśmy, ale szczęśliwie piły je dziewczyny przy sąsiednim stoliku, a my natychmiast dopytaliśmy co to takiego i oczywiście zmówiliśmy je dla siebie.
“Turbio” po hiszpańsku  znaczy pochmurne i rzeczywiście wino jest mętne, tak jak żadne inne szanujące się wino już dziś nie jest. Jest też słabe, w sam raz na długie pogaduchy w knajpie. z lekko słodkawym posmakiem, bardzo owocowe, łagodne z lekką kwasowością i do tego w bardzo przystępnej cenie. To zupełnie nie filtrowane młode, białe wino z Galicji ( Denominación de Origen gallega Ribeiro)  sprzedawane luzem lub w zielonych nieoznakowanych butelkach, czasem widnieje na nich jedynie nazwa wytwórcy i wygląda tak:

 wino turbio
Tradycja jego produkcji ma ponoć korzenie w starożytnych metodach produkcji win domowych. Podobno jest bardzo modne w Barcelonie i pewnie dla tego właśnie tu się na nie natknęliśmy po raz pierwszy mimo, iż byliśmy już wczesniej w Galicji. Ponoć najlepiej smakuje latem.Dla nas idealne było też w zimie, zwłaszcza jeśli styczniowa temperatura krążyła wokół 20 stopni 🙂
Kasia