MUZEUM WINA W PENAFIEL

Podróżując przez Hiszpanię warto rozejrzeć się jakie muzea będziemy mijać i zapamiętć dokładnie, te których absolutnie nie powinniśmy przegapić. Niezmiennie, urzeka mnie w hiszpańskiej architekturze połączenie starego z nowym, ich wielki szacunek dla tego co historyczne i odwaga w używaniu tego co nowoczesne. Efekty osiągają idealne. W najbardziej znanym z zamków z regionu Kastylia i Leon w Penafiel ma swoją siedzibę niewielkie muzeum wina, które odwiedziliśmy.

Niewielkie ale stylowe i warte odwiedzenia. Można zwiedzić samo muzeum, lub muzeum w opcji ze zwiedzaniem zamku czy bodegi do wyboru z czterech, które z nim współpracują. My wybraliśmy muzeum z zamkiem, bo bardzo chcieliśmy zobaczyć Bodegę Protos, a na nic innego juz nie starczało czasu.

Tuż przy wejściu znajduje sie ekspozycja, poświęcona pamięci zasłużonych dla regionu  winarzy, przybierając najlepszą z możliwych form, czyli formę butelki wina. Na zwiedzenie zaplanujcie sobie minimum godzinę. Jest tu do obejrzenia sporo starych przedmiotów i poglądowych planszy. Kilka interaktywnych esksponatów i dużo starania, żeby było dla zwiedzających ciekawie.

Wszystko w muzeum jest opisane jedynie w języku hiszpańskim i momentami bardzo brakowało angielskich tłumaczeń. Nie przeszkodziło nam to jednak w świetnej zabawie polegającej na wąchaniu i zgadywaniu aromatów, które można wyczuć w winie. Rywalizacja damsko-męska była zaciekła, niestety tym razem przegrałam i to bardzo. Niekwestionowanym „nosem” naszego domu został Bernard.

Muzeum mieści się na dole zamku, który koniecznie trzeba zwiedzić,  zwłaszcza dla niesamowitych widoków rozciągających się z góry na okolicę.

Tuż u stop zamku mieści się Bodega Protos, która byla naszym kolejnym punktem wycieczki, z góry wyglądała świetnie 🙂

Dla zainteresownych adres i link do strony muzeum:

Castillo de Peñafiel
47.300 Peñafiel
Teléfono: +34 983 881 199 – Fax: +34 983 880 060
museodelvino@dip-valladolid.es

http://www.provinciadevalladolid.com/es/enoturismo-gastronomia/museo-provincial-vino

Kasia

 

Pierwszy kieliszek Albariño w Galicji

Kolejny rok marzyliśmy o podróży do Włoch.

Toskanio – oto my przybywamy, spragnieni widoków, ciepła i wina. Wiadomo, wszystkie drogi prowadzą właśnie tam, a nasze jak do tej pory zawsze gdzieś skręcały. To miał być nasz pierwszy raz w Italii, taki wyczekany i wymarzony.
Bylismy pewni, że przeciągniemy chłopaków przez Florencję. No cóż, życie uczy, że lepiej nic nie planować.

Jeden telefon wywrócił nasze wakacje do góry nogami. Zamiast Włoch, będzie Galicja. Część Hiszpani, której byliśmy bardzo ciekawi, ale jakoś się do tej pory się nie składało. Tym razem jednak złożyło się i to poważnie, bo nasz przyjaciel tam właśnie miał mieć ślub i wesele.  Kolejny raz Włochy nie miały żadnej szansy.

Wybrali się z nami znajomi, jechaliśmy więc silną grupą składającą się z czterech dorosłych, dwóch nastolatków płci przeciwnej oraz trzech nieletnich płci jednakowej, męskiej. Góry bagżu, ktory pchaliśmy i ciągnęlismy uważając by nie rozjechac dzieciaków, nie muszę chyba nikomu opisywać.

Byliśmy przekleństwem wszystkich kolejek na lotnisku, no bo kto normalny chciałby za nami stanąć ???

 

Madryt przywitał nas upałem, podróż samochodem przez pół półwyspu uśpiła wszystkich oprócz kierowców, a Galicja zaskoczyła nas zielenią, o którą latem w Hiszpanii raczej trudno. Impreza odbywała się w Sanxenxo, takim jakby naszym Sopocie, choć do Sopotu to temu miastu raczej bardzo, bardzo  daleko.

Naczytaliśmy sie przed  podróżą o galicyjskich cudach kulinarnych, które staną sie naszym udziałem, o owocach morza najlepszych na świecie, o pięknych miastach i widokach.  Nasze oczekiwania byłby rozbuchane do granic wytrzymałości. No i tym większe było rozczarowanie. Tu będzie krótkie zwierzenie osobiste – uwielbiam Hiszpanię za jej czerwoną ziemie, za bezgraniczne przestrzenie, za spalne słońcem pola. A tu wszędzie zielono.

Widoki trafiały nam się wspaniałe, zwłaszcza te z oceanem w tle, choć ogólnie Galicja wygląda dość podobnie do Polski w środku lata. Pieknie, bardzo nawet, ale to jakby nie ta Hiszpania…Chciałam bardzo pojechac do La Coruna zobaczyć siedzibę Inditexu ( przypis dla mężczyzn: firma która jest włascicielem takich marek jak Zara, Massimo Dutti, Pull and Bear itd.), ale jakoś się nie złożyło.

DSC00129a

Nie pojechaliśmy też na koniec świata, który jest właśnie w Galicji. Za to udało nam się pojechać do Santiago de Compostela. I tu spotkało nas kolejne rozczarowanie. Może zbyt wiele kościołów widzieliśmy? Może jesteśmy bardzo rozkapryszeni? Niestety nie dopatrzyliśmy się tego niezwykłego piękna, które miało mieć  jedno z rzekomo najpiękniejszych miast Hiszpanii – sorki Santiago, wolimy Toledo.

DSC00042_3a

Nie zdziwi chyba nikogo, że to co nas nie rozczarowało to winnice.

Pierwsza, którą odwiedziliśmy nosiła uroczą nazwę Gil Armada i mieściła się w  pałacu DE FEFIÑÁNS małym, sennym miasteczku Cambados.

Za kamiennego placu otoczonego z trzch stron pałacem, kościołem, przenosimy się do bardzo starego ogrodu z karzewami w winnicy pamiętającymi jeszcze czasy sprzed filksery. Winogrona dojrzewają tu przy plumkaniu wody w dwóch barokowych fontannach. Bodegę założył Joaquin Gil Armada w 1959 roku i  zgodnie z najstarszymi tradycjami winnic Salnés produkował Albariño i tak zostało do dziś. Jeśli będzicie w okolicy, to warto ją zwiedzić i spotkac przuroczych ludzi, którzy dziś ją prowadzą ( jesli chcesz odwiedzić stronę bodegi to kliknij tutaj )

53

Dzisiaj oglądałam te zdjęcia i marzyłam o słońcu, o wygrzewaniu się w jego promieniach z kieliszkiem zimnego Albariño w dłoni.

Ech kiedy się ta zima wreszcie skończy????

Kasia

 

Wielka tajemnica Riojy

Mieliśmy być zupełnie gdzie indziej, a znów wita nas Rioja. Listopad hiszpański trochę przypomina ten nasz, jedynie śniegu raczej sie tu nie spodziewają. Jeździmy od bodegi do bodegi, niezapominając o przewie na obiad.

DSC01906a DSC01912a DSC01944a

Spacerujemy po niewielkich kamiennych miasteczkach, chłonąc wszystko co nas otacza. Wieczorami owinięci szczelnie szalikami włóczymy się po barach. Próbujemy tapas i pinchos. Wszędzie pełno ludzi, piją, śmieją się, chodzą jak my od baru do baru, tu coś zjedzą tam coś wypiją. Jest z nami nasz przyjaciel od wielu lat mieszkający w Madrycie. Nie liczymy już który to dziś kieliszek. I zupełnie się tym nie martwimy, bo to Rioja, a my znamy już jej największą tajemnicę. Sprawdźcie kiedyś sami, tu na drugi dzień nie boli głowa 🙂

 

Kasia

Viña Tondonia – inny wymiar czasu

Na początek jedna z najstarszych o ile nie najstarsza winnica Rioja – Tondonia.
5
Pierwszy kontakt z winnicą Tondonia to bardzo nowoczesny pawilon, o nieregularnych miękkich liniach, którego autorem jest jedna z najbardziej uznanych współczesnych architekt Zaha Hadid. Dla wielu osób przypomina on przeciętą na pół karafkę do dekantacji wina.

3
Po przekroczeniu jednak bramy bodegi, przenosimy się w kompletnie inny świat. Odniosłem wrażenie że to miejsce, w którym czas się jakby zatrzymał. Wszystko wygląda inaczej niż większość winnic które do tej pory poznaliśmy. Po wejściu widać ogromne drewniane beczki, które pamiętają pewnie XIX wiek. Są stare i wyglądają jak dawno nie używane atrapy, które zostały zostawione jako atrakcja turystyczna – taki skansen żeby uatrakcyjnić miejsce.21679
Otóż nic bardziej mylnego. Cały czas są używane i maja zapewne ogromny wpływ na charakter wytwarzanego tu wina. W nich następuje pierwsza fermentacja. Są zatem jednym z najważniejszych punktów w procesie produkcji wina. Procesie który jest w obecnych czasach bardzo precyzyjnie kontrolowany i sterowany.
Zwykle używa się do tego kadzi ze stali nierdzewnej, które są otoczone skomplikowanym systemem rurek. Ponieważ proces fermentacji wiąże się z wydzielaniem ciepła, kontrola nad nim polega na odpowiednim schładzaniu lub ocieplaniu kadzi fermentacyjnej. Zwalnia to lub przyspiesza samą fermentację pozwalając dokładnie kontrolować jej przebieg. Zapewnie w wielu winnicach jest to wszystko sterowane komputerowo, co jeszcze bardziej „odczarowywuje” cały proces. Jest to bardzo wygodne i bezpieczne podejście, tyle tylko że nie dla wszystkich.
Tu wracamy do Tondonii, tam te wszystkie wynalazki są po prostu zbyteczne. Oczywiście tam też proces fermentacji podlega kontroli, tyle tylko że zdecydowanie w inny sposób.
Jak zatem radzą sobie z tym w Tondonii?
Jak podnieć temperaturę podczas fermentacji? Nic prostszego. Wystarczy wspomniane ogromne kadzie postawić na kamiennych postumentach. Później po prostu rozpalić pod nimi ognisko i tym samym przyśpieszyć cały proces. Tak proste, że aż genialne.
Spowolnienie go jest jeszcze łatwiejsze. Tu w zasadzie nic nie trzeba robić. Ponieważ poranki w tej części Hiszpanii jesienią są dość zimne, o czym niejednokrotnie przekonaliśmy się na własnej skórze, wystarczy tylko otworzyć drewniane wrota i zrobić przeciąg. Przyroda sama zadba o odpowiednia temperaturę.
Wydaje się takie to tak oczywiste, że aż zastanawia czemu inni tego nie stosują. Moim zdaniem, sięgając po nowoczesną technologię, często zapomina się o wiedzy zdobywanej i doskonalonej przez wiele lat wstecz i przekazywanej z pokolenia na pokolenie. To rodzaj tajemnej wręcz wiedzy, która wynika nie z akademickiego podejścia, rozłożenia wszystkiego na czynniki pierwsze, tylko wielu lat prób i błędów oraz czegoś więcej co się po prostu ma lub nie. To coś czego nie uczą w żadnej, nawet najlepszej szkole.

1112
A może to nie kwestia tajemnej wiedzy, tylko zwykłej cierpliwości, o której zgubnym braku sam niejednokrotnie się przekonałem.
Jedno jednak jest pewne. Mimo że Rioja znana jest głównie z win czerwonych, to o kilkunastoletnim białym winie, które tam próbowałem długo jeszcze nie mogłem zapomnieć.

Bernard

Rioja – historia złotej siatki

Rioja jest na Winicjatywie regionem stycznia. Rioja to też miejsce, do którego wracam z niekłamaną przyjemnością.
Rioja czyli najbardziej znane wino z Hiszpani, dla mnie nieodmiennie wino w butelce ze złotą siatką.
Choć wielu hiszpańskich win, dziś już ona nie zdobi, otwrcie przyznję, że ja  bardzo ją lubię.

Czy zastanawialiście się kiedyś skąd się  wzięła? Od razu podpowiem, że nie ma to nic współnego z tym, że dawnych czasach, szkło było kiepskiej jakości …

Ta siatka to historia z dreszczykiem.

Jej początki sięgają czasów, gdy wina zaczęły być transportowane w butekach ( późne lat 1800, początek 20 wieku). Jako, że był to cenny ładunek, kradzieże i oszustwa  były prawdziwą zmorą. Butelki były opróżniane, a dobre wino podmieniano na tanie i kiepskie.  Tak spreparowane  docierało  ono do odbiorcy.
I właśnie wtedy pojawiła się siatka. Siatka, która miała strzec dobrego imienia hiszpańskich winarzy. Siatka, ekstra zabezpieczenie i gwarancja jakości dla najlepszywch win w czasie transportu. Zastanawiacie się, jak to działało? To bardzo proste – była zakładana jako pierwsza, wprost na butelkę, a dopiero na nią naklejano etykietę. Korek i góra buteki były zabezpieczane woskiem, a na spodzie siatka była zabezpieczana ołowianym stemplem z odcisniętmy znakiem bodegi, tak aby nie można było bez śladu dobrać się do wina. Gdy butelka docierała do swojego miejsca przeznaczenia z zerwaną lub zniszczoną siatką, był to powód by domniemywać oszustwo.
Dziś złota siateczka jest ozdobą butelki i uwaga! nie powinna być z niej zdejmowana  w czasie picia wina.

W tamtych, dawnych czasach siatkę robiły ręcznie kobiety w domach, używając do jej produkcji drewnianych butelek wokół których ją wyplatały i miała ona kolor zwykłego, szarego metalu.
Dziś siatki są robione z mosiądzu maszynowo. Mosiądz jest odporny i nie niszczy się w trasporcie, ale też jest dość ostry, więc otwierając butelkę, należy uważać, aby nie zranić sobie dłoni.
Zapytacie, jak otworzyć butelkę i wciąż mieć na niej siatkę?
To proste.
Delikatnie rozciągamy palcami siatkę na górze butelki, tak, aby przełożyć przez nią szyjkę.

DSC02334
Pociągamy siatkę w dół, aby  ułożyła się na butelce  i oparła się, na dole szyjki.

DSC02336
Teraz skręcamy siatkę na spodzie butelki i  skręconą wpychamy w zagłębienie dna  tak, by nie nie przeszkadzała w czasie nalewania.

DSC02337

DSC02339
Odkorkowujemy butelkę i cieszymy się winem.

Kasia

Chmury zamknięte w butelce

Kto mądry wybiera się na wakacje do Hiszpanii w styczniu?

Czy my już zupełnie zbzikowaliśmy?

A jak będzie padać cały tydzień?

Tysiące podobnych pytań dręczyły nas w ubiegłym roku w długie, listopadowe i grudniowe tygodnie, dzielące nas od wakacji. Ale jak to mówią, słowo sie rzekło, bilety kupione, babcia chętna na opiekunkę, trzeba jechać i modlić się o pogodę.
O Barcelonie marzyliśmy latami i jakoś nam się nie składało. Byliśmy już nawet bardzo bardzo blisko, bo jakieś 100 km od, ale i wówczas nie było nam dane.

Tym razem wszystko zapięte mieliśmy na ostatni guzik. Pokój sprawdzony i zarezerwowany,  kupiony i przeczytany przewodnik, miejsca godne odwiedzin polecone przez przyjaciół.
Przywitało nas wspaniałe słońce i 18 stopni ciepła. Wszystkie nasze obawy rozwiały się wraz z kurzem spod kół lądującego samolotu.

Jedyne chmury, które spotkalismy na swojej drodze były tego tygodnia zamknięte w smukłej zielonej butelce. Znacie “Vino Turbio”? My nie znaliśmy, ale szczęśliwie piły je dziewczyny przy sąsiednim stoliku, a my natychmiast dopytaliśmy co to takiego i oczywiście zmówiliśmy je dla siebie.
“Turbio” po hiszpańsku  znaczy pochmurne i rzeczywiście wino jest mętne, tak jak żadne inne szanujące się wino już dziś nie jest. Jest też słabe, w sam raz na długie pogaduchy w knajpie. z lekko słodkawym posmakiem, bardzo owocowe, łagodne z lekką kwasowością i do tego w bardzo przystępnej cenie. To zupełnie nie filtrowane młode, białe wino z Galicji ( Denominación de Origen gallega Ribeiro)  sprzedawane luzem lub w zielonych nieoznakowanych butelkach, czasem widnieje na nich jedynie nazwa wytwórcy i wygląda tak:

 wino turbio
Tradycja jego produkcji ma ponoć korzenie w starożytnych metodach produkcji win domowych. Podobno jest bardzo modne w Barcelonie i pewnie dla tego właśnie tu się na nie natknęliśmy po raz pierwszy mimo, iż byliśmy już wczesniej w Galicji. Ponoć najlepiej smakuje latem.Dla nas idealne było też w zimie, zwłaszcza jeśli styczniowa temperatura krążyła wokół 20 stopni 🙂
Kasia